Uwaga


 

 


Nurkowanie po Browarze, harce w Marie Agnes, a na deser Miltitz Mine czyli krótka opowieść o weekendowych nurkowaniach jaskiniowych.


 

 

Mamy koniec marca, dzień, jak co dzień, wielkimi krokami zbliża się Prima Aprilis, a ja cieszę się jak małe dziecko! Cieszę się nie dlatego, że lubię robić dowcipy, a dlatego, że na ten dzień wraz z Tomkiem, Darkiem i Jarkiem mamy zaklepany termin na nurkowanie w Miltitz - zalanej kopalni wapienia położonej za naszą zachodnią granicą. 

Niestety jak to w życiu bywa wszystko nie może być idealne, pech chciał, że 1 kwietnia przypada w niedzielę, co wiąże się z możliwością wykonania tylko jednego nurkowania. W związku z odległością, jaka dzieli Grudziądz i niemiecką Saksonię sobotę postanawiam spędzić na Śląsku…. tzn. Dolnym Śląsku. 

             W piątek po pracy docieram do Głogowa, szybkie rozpakowanie sprzętu, sklarowanie odpowiedniej konfiguracji na sobotę i już siedzę wygodnie w fotelu u Tomka Parnowskiego. To właśnie u Tomka w domu będzie nasza baza wypadowa na nurkowania. W tym miejscu pragnę podziękować za gościnność i przepyszne jedzonko.

            Do późnego wieczora ustalamy plan nurkowy na sobotę, rozmawiamy i wspominamy nasz zeszłoroczny kurs jaskiniowy we Francji. Przy wspominkach i rozmowach o nurkowaniu czas leci szybko, nawet nie zwróciliśmy uwagi, że jest późno i czas iść spać, bo przed nami trudny dzień.

            Wstajemy wcześnie rano, szybkie śniadanie, pakowanie sprzętu i już gnamy w kierunku Sobótki, gdzie znajduje się nasz pierwszy cel nurkowy. Droga mija w ekspresowym tempie i po niespełna dwóch godzinach stajemy przed wielkim, opuszczonym od 1997 roku budynkiem - nieczynnym Browarem Sobótka.


Udajemy się na mały rekonesans do środka i  po chwili odnajdujemy wejście do zalanego poziomu. Woda w kwadratowej studni jest krystalicznie czysta. Po lewej stronie tuż przy jej dnie widać wejście do dalszej części korytarzy. Taki widok nas ożywia i dodaje skrzydeł, szybko więc klarujemy sprzęt do nurkowania by po chwili znaleźć się nad krawędzią otworu. Błyskawiczna kontrola szpeju i zanurzamy się w „bezbarwnej cieczy”.

Tomek zaczyna poręczowanie, ale po chwili natykamy się na stałą linkę i to wzdłuż, niej płyniemy więc dalej. Woda przed nami jest krystalicznie czysta, za nami lekko się mąci, ale przy delikatnym poruszaniu nie ma tragedii, co w znacznym stopniu ułatwi nam powrót. Spostrzegamy, że konstrukcja tunelu jest bardzo ciekawa, w jednym miejscu wykuta jest w skale by po chwili zmieniać się w ceglany korytarz, według mnie przypominający korytarze z Grudziądzkiej Cytadeli. 

Boczne korytarze są ślepe, jednak w jednym z nich znajduje się dziura, przez którą można zajrzeć do środka. Nie zastanawiamy się ani chwili i zaglądamy do środka, wewnątrz znajduje się  pompa z rurą w kierunku powierzchni. Wypływamy z powrotem do głównego korytarza i po chwili docieramy do jego końca. Podczas drogi powrotnej w znacznie gorszej widoczności oglądamy szczegóły korytarza, które przeoczyliśmy wcześniej. Docieramy do pierwszego od strony wejścia skrzyżowania. Sprawdzamy zapas powietrza i w związku z tym, że mamy go jeszcze całkiem sporo postanawiamy spenetrować prawy korytarz.  Korytarz jest węższy niż ten, którym płynęliśmy jeszcze przed chwilą i znacznie bardziej kręty. Większość korytarza wykuta jest w skale, co sprawia wrażenie jakbyśmy płynęli w prawdziwej jaskini.

W pewnym momencie wynurzamy się na powierzchnię w miejscu, gdzie jest drugie wejście, z którego można dostać się ze sprzętem do wody (wg mnie znacznie gorsze, w głębi budynku browaru, co zdecydowanie przedłuża transport sprzętu).

 Zanurzamy się i kontynuujemy nurkowanie. Niestety po chwili korytarz się kończy i  zmusza nas do odwrotu. W prawej części podziemi woda znacznie bardziej się mąci i miejscami płyniemy w całkowitym „bełcie”. Po chwili docieramy do znanego nam już skrzyżowania, skręcamy  w lewo i po kilku metrach docieramy do  studni wejściowej.

Reasumując zrobiliśmy całkiem fajne nurkowanie o całkowitym czasie 70 minut. Szybko zbieramy graty, zwiedzamy suchą, znacznie większą część browaru. W środku całkiem przyjemne klimaty, także zdecydowanie warto się tam pokręcić po nurkowaniu. My niestety nie mamy na to za dużo czasu i oglądamy tylko część budynku.

 

Kolejnym miejscem, do którego jedziemy to kopalnia o dźwięcznej nazwie Marie Agnes, jest to nieczynna kopalnia srebra w Bystrzycy Górnej. Po niecałej godzinie jazdy stajemy przed wiaduktem kolejowym, pod którym znajduje się metrowej wysokości wejście do środka. Kolejny raz tego dnia klarujemy sprzęt. W konfiguracji bocznej nie ma tego zbyt wiele, ale mimo wszystko transport wąskim i niezbyt wysokim korytarzem nad krawędź zalanego szybu daje nam nieźle w kość.


Chwilę odpoczywamy, zakładamy graty na siebie i wskakujemy ku naszej uciesze - do krystalicznie czystej wody. Zanurzamy się między doskonale zachowanym, drewnianym zbrojeniem szybu, opadamy na jego dno i płyniemy w prawą stronę. Po kilkunastu metrach korytarz się kończy i zawracamy.  W drodze powrotnej chwilę oglądamy drewniany kołowrót (ciągle działa J, służył on do wyciągania urobku). Zanurzamy się pod nim i opadamy na najniższy poziom kopalni. Chwilę pływamy i po oglądnięciu całości wynurzamy się na poziom - 2. W tym miejscu chwilę jeszcze nurkujemy przeciskając się tu i ówdzie, podziwiamy starą drabinę oraz drewniany rurociąg służący do odwadniania kopalni. Po około 30 minutach wynurzamy się na powierzchnię. W ciągu pół godziny zdążyliśmy obejrzeć każdy skrawek kopalni. Mimo niezbyt dużej wielkości stwierdzamy, że Marie Agnes robi naprawdę wielkie wrażenie.

 

Osobiście wiem, że tam jeszcze wrócę…

Po takich ekscytacjach dzień mija szybko i czas wracać do Głogowa, droga powrotna jest bardzo ciekawa, Tomek  pokazuje mi zalane kamieniołomy Kantyna oraz Zimnik. Oglądam również kilka czynnych kamieniołomów, z których jeden ma chyba z 80m głębokości, uśmiecham się głupio i już marzę o nurkowaniu w nim.


Po dotarciu przed garaż Tomka potężne zmęczenie daje o sobie znać. Rozpakowujemy sprzęt, mieszamy gazy na jutrzejszego nura w Miltitz. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, przygotowujemy się i pakujemy teraz, bo wcześnie rano ruszamy do Niemiec. Po niespełna dwóch godzinach mamy wszystko zrobione i w końcu idziemy do domu odpocząć.

Niedziela. Wstajemy o piątej rano. W ekspresowym tempie szykujemy się do wyjazdu. Po upływie 40 minut siedzimy już w samochodzie i śmigamy w kierunku niemieckiej kopalni. Ze względu na dzień tygodnia, wczesną godzinę i niemieckie autostrady jazda przebiega bez większych problemów i przed godziną 9.00 stajemy przed kopalnią w Mitlitz. Tu czekają już na nas Darek i Jarek. Chwile rozmawiamy, planujemy nurkowanie, dzielimy się na dwuosobowe zespoły i przygotowujemy się do zejścia.

Transport sprzętu do kopalni zajmuje trochę czasu i jest dosyć męczący. W końcu po zniesieniu wszystkich gratów, chwili odpoczynku i ostatnich ustaleń wbijamy się w suchary. Zakładamy sprzęt i hop do wody. 

Woda zaraz przy wejściu nas nie rozpieszcza, ale od momentu jak zdeponowaliśmy tlen na sześciu metrach robi się coraz lepiej. Poza głównym ciągiem woda ma z 30-40 metrów przejrzystości.  Główny ciąg opada do sześćdziesięciu kilku metrów, jest ogromny, jednak korytarze odchodzące w bok są zdecydowanie mniejsze.  My oglądamy korytarze na 45 i 29 metrach.  Dekompresja na 6 metrach przebiega w niespotykany gdzie indziej sposób. Poziom wody w kopalni zatrzymał się tak, że w czasie ostatniego przystanku deko pływamy po części kopalni gdzie spąg jest na około 6,5m. Podczas przystanku dokładnie oglądamy cały najpłytszy poziom i niestety w myśl zasady, że wszystko co dobre szybko się kończy wracamy do wejścia i wynurzamy się. Udało się nam zrobić naprawdę fajne nurkowanie. Wychodzimy na zewnątrz kopalni, powoli wnosimy sprzęt, pakujemy samochody.  To był mój pierwszy nur w tym miejscu i kolejny raz na tym wyjeździe mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatni. Świetne miejsce i do tego w rozsądnej odległości od Polski.

 Nasz intensywny weekend nurkowy zakończył się. Wraz z Tomkiem zrobiliśmy trzy niesamowite nurki overhead. Szkoda tylko, że odległość z Grudziądza na Dolny Śląsk jest tak duża, co ogranicza możliwość takich wypadów .

 

Tekst: Tomek Steyer

Foto: Martunia

powrót

 

ZAPRASZAMY

GALERIA

JESTEŚMY PARTNEREM DAN




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS | Joomla templates.